Miami Springs jest zarąbiste. Dominuje tu gorący język hiszpański (bosko rozmawia się ze sprzątaczką, która nie zna ani słowa po angielsku ;), tłuste ciasto francuskie w piekarniach, oraz siedzące na liniach wysokiego napięcia papużki, które jak mawia Damian “strasznie drą ryja”. Nic to, słońce wszystko wynagrodzi!
Wczoraj przebojowa pani Louisa zabrała nas swoim – uwaga, uwaga – wielgaśnym, białym Hummerem do South Beach. Niech żyje aplikacja uber!!!! Po drodze mieliśmy okazję podziwiać rezydencję Versacego, z której zrobili małe muzeum. Płacisz i oglądasz jak mieszkał słynny projektant, pewnie świetna sprawa, ale niekoniecznie dla nas. ;-)
Plaża South Beach to raj na ziemi. Turkusowy ocean, biały piasek, skutery, parasole, nagie torsy, nagie pośladki (no, bo co niby te stringi zakrywają?) i kilogramy sylikonu! :) Yeah, baby!
Ceny w sklepach kosmiczne, restauracje drogie jak cholera, ale w końcu za siedzenie przy fontannie z rybkami trzeba zapłacić. Podobno częstym widokiem są przebrane za syrenki filigranowe dziewczęta, które tańcują w tych mini basenach, my się na to niestety nie załapaliśmy.
Co tu dużo mówić, nie mój klimat. Dudniące amerykańskim hip hopem kabriolety i świecące wszystkimi częściami ciała kobiety raczej nie są dla mnie przepisem na najlepsze wakacje, ale rozumiem, że niektórzy, zwłaszcza panowie, mogą być zachwyceni.
South Beach jest fajne, cieszę się, że tu byłam, ale jeśli więcej tu nie wyląduję, płakać nie będę. Teneryfa zjada SB na śniadanie. :)
Aligatora nadal nie widzieliśmy, ale za to spotkaliśmy jaszczurę niczym z teledysku Genesis.  ;)
P.S. Karola, Willa nie pozdrowiłam, bo mi się nie chciało :P
Tags: