…na pewno jesteś zdołowany.

Ostatni dzień w San Francisco…

…był wyjątkowo smutny. Nawet zdjęcia nie chciały się już robić. ;-) Poszliśmy na ostatni spacer, znaleźliśmy kolejną świetną kawiarnię, patrzyliśmy na ludzi, którzy pracowali zdalnie, z winem lub kawą w dloni…ech, inny świat. O godzinie 18 zamówiliśmy ubera i pojechaliśmy na lotnisko. Zgarnął nas przemiły Irańczyk, który opowiedział nam o tym jak trafił do Stanów i poznał swoją żonę, Meksykankę. Mają dwójkę dzieci i są bardzo szczęśliwi. To zabawne jak chętnie ci ludzie opowiadają o sobie, swoich rodzinach, pracy i ogólnie o życiu. Każdy boryka się z jakimiś problemami, ale o nich tylko wspominają, podkreślając, że to przecież tylko chwilowe, da się z tym poradzić, a tak poza tym to jest super. Zazdroszczę im tego podejścia. To wcale nie jest sztuczne, udawane, oni tak są wychowywani. Szklanka jest zawsze w połowie pełna, taki banał, ale w ich przypadku to się sprawdza.

Na lotnisku, pani, która dała nam karty pokładowe, przebiła Damianowi “pionę” za jego koszulkę z Marilyn Monroe i stwierdziła, że skoro nie zostajemy w San Francisco, powinniśmy zostać w Nowym Jorku, bo tu jest fajnie i szkoda wyjeżdżać. Ano, wszystko się zgadza. ;-)

Wycieczka z Newark do Queens

O 21.20 samolot wystartował, a w Newark byliśmy przed 6 rano. Oczywiście żadne z nas nie zmrużyło oka, więc czuliśmy się i wyglądaliśmy jak zombiaki. Nasze wypełnione prezentami walizy zrobiły się potwornie ciężkie (mi do maxa zabrakło zaledwie 0,4kg), a do Queens kawał drogi, więc trzeba było po raz kolejny zamówić ubera. Mieliśmy nadzieję, że podjedzie ktoś, kto nie będzie zbyt rozmowny, bo byliśmy, delikatnie mówiąc, nieprzytomni. Po 3 minutach od zamówienie pojawiło się sportowe BMW, z którego wysiadł młody koleś. Nie wydawał się zbyt sympatyczny, więc odetchnęłam z ulgą – nie trzeba będzie kaleczyc angielskiego. Minęło kilka minut i William zapytał, czy lubimy muzykę. – No pewnie. – A jaką? – Głównie rock i metal. Wtedy się zaczęło!! Okazało się, że to prawdziwy maniak metalu, znał wszystkie nasze ulubione zespoły, łącznie z tymi polskimi, polecił kilka swoich, miejscowych “perełek” i zdążył opowiedzieć o swojej pracy, dzielnicy, znajomych, a czasu miał sporo, bo nasza podróż trwała 2 godziny. Błogosławiony niech będzie uber, bo żeby zapłacić za taxi, pewnie musielibyśmy wziąć kredyt. ;-) Na koniec wymienilismy się numerami telefonu i mailami. Obiecał, że następnym razem pokaże nam swoje ulbubione miejsca w NYC i zabierze nas na jakiś dobry koncert. Dodam tylko, że już kilka godzin później napisał, żeby przypominieć, że naprawdę musimy wrócić. William jest Irlandczykiem, który kiedyś był w Marines, później pracował w logistyce, a teraz jest kucharzem i zglasza patent na jakieś środki do czyszczenia naczyń. Robi też własny majonez, który sprzedaje w restauracjach. Kolejna barwna postać. I jak tu nie kochać Stanów?

 

Tags: