Po tygodniu mieszkania w zbyt dużym apartamencie, przenieśliśmy się do innego budynku i mniejszego mieszkania, nadal w Sherman Heights. Niby wszystko fajnie, nowe meble, duże pomieszczenia, ale jakoś tak mało przytulnie. No i mało miejsca na chowanie rzeczy. Po 2 tygodniach mieszkania tam, zdecydowaliśmy, że szukamy dalej. Ciągnie nas do centrum, gdzie dzieje się najwięcej, a żeby tam się dostać trzeba przejść przez ulice wypełnione bezdomnymi. Dość to ciekawe zjawisko, ponieważ oni bardzo rzadko, jeśli w ogóle, proszą o drobne, czy o jedzenie. Rozbijają namioty wypchane ich dobytkiem na chodnikach i siedzą tam całymi dniami. W sumie nikomu pewnie nie zagrażają, ale przyznam, że kiedy wieczorami przechodzi się przez ich “miasteczka” pod wiaduktami, przy budowach, robi się momentami mało przyjemnie. Część z nich od używek nie stroni, często wyglądają na ostro odurzonych, wydają różne dziwne dźwięki, krzyczą, wymachują rękoma, itp. Wyjątkowo smutny widok. San Diego jest na 3. miejscu pod względem liczby bezdomnych, zaraz po Nowym Jorku i Los Angeles. Władze twierdzą, że robią dla nich dużo, a oni nie chcą z tej pomocy korzystać. Widząc w jakich warunkach ci ludzie żyją, jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby tak było.

W poszukiwaniach mieszkania nieocenioną pomocą okazało się craigslist.com, gdzie ogłoszenia umieszczają zarówno właściciele, jak i agenci nieruchomości. Jest w czym wybierać. Naszym celem było centrum, raz się żyje. Umówiliśmy się na kilka spotkań, ale zwykle rozmowa kończyła się kiedy mówiliśmy o braku historii kredytowej. “Odezwiemy się do was za kilka dni” i tyle. Pierwszą osobą, która obdarzyła nas zaufaniem był Archie, który zgodził się wynająć nam swoje mieszkanie w ślicznej dzielnicy, Little Italy, ale miejsce nas nie powaliło, było trochę zaniedbane i “chłodne”, więc grzecznie podziękowaliśmy.

W końcu trafiliśmy na Denny’ego z agencji nieruchomości. Młody, elegancki chłopak zabrał nas do 21-piętrowego wieżowca. Wjechaliśmy windą na 8. piętro, Denny otworzył drzwi, weszliśmy do mieszkania i wiedzieliśmy, że tam chcielibyśmy mieszkać. Nasze szanse były marne, bo to nie on był osobą decyzyjną, poza tym zainteresowanych było więcej, więc należało faceta zaczarować. Wyciągnęliśmy z rękawa wszystkie asy i Denny obiecał, że postara się przekonać panią J, żeby to nas wybrała. Już następnego dnia mile nas zaskoczył, bo jako pierwszy odpisał na nasze maile i poprosił o kilka dni cierpliwości. Po 5 dniach dostaliśmy info, że jeśli nadal jesteśmy zainteresowani, mieszkanie jest nasze. O szczęście niepojęte! ;)

Tags: