Jak to na forach internetowych bywa, ludzie różne dziwne rzeczy piszą. Przed przyjazdem do San Diego i zarezerwowaniem mieszkania, czytaliśmy o wszystkich dzielnicach, gdzie warto przebywać, gdzie mieszkać i których miejsc unikać. Sherman Heights nie cieszyło się szczególnie pochlebnymi opiniami. Jakiś rasista wkurzał się, że to miejsce dla biednych Meksykanów, inny dodał, że dzielnica zdominowana jest przez meksykańskie gangi i wieczorami pod żadnym pozorem nie wolno wychodzić z domów, a cała reszta z przerażeniem komentowała, że to forum to prawdziwy dar od niebios i teraz, kiedy już wiedzą jak tam strasznie, ich noga nigdy tam nie postanie. Uwielbiam kiedy ludzie tak się nakręcają. Na to wszystko odezwał się facet, który mieszka tam od 15 lat i jeszcze nigdy żadnych gangsterów nie widział, nie spotkał się z przemocą, a wieczorami organizuje grillowe zabawy dla sąsiadów.

W ten piękny sposób wybór padł na Sherman Heights! Na początek na bogato – mieszkanie z dwiema sypialniami, łazienkami i kuchnią na pełnym wypasie. A to tylko dlatego, że nasze docelowe mieszkanie było przez tydzień zajęte i właścicielka umieściła nas na chwilę w innym. Nasz przyjazd zbiegł się w czasie z “Santa Ana winds”, czyli bardzo suchymi i upalnymi wiatrami znad pustyni. Zrobiło się gorąco, a mi w to graj! Właścicielka mieszkania była dość przerażona i uznała,że z pewnością będziemy potrzebować klimatyzacji, bo nie damy sobie rady. Aż się w duchu zaśmiałam. Musiałaby wpaść kiedyś do nas latem. :)

Prawa ręka właścicielki, młoda J., opowiedziała nam troszkę o mieście, gdzie są najbliższe sklepy i plaże. Od prawdziwego centrum miasta i dzielnicy, w której najwięcej się dzieje, Gaslamp Quarter, dzieli nas 15-20 minut spacerkiem. W pewnym momencie J. z dumą oznajmiła, że zdarza jej się isć do sklepu Albertsons piechotą. Wyczyn nie z tej ziemi, bo to z 10 minut drogi, jest czym się chwalić.

A tak poważnie, ostatnio w TV widziałam wywiad z 68-letnią panią z Kalifornii, która śmiała się z tego, że ludzie w tym stanie podjeżdżają autem do najbliższego sklepu, za to wieczorem spędzają kilka godzin na siłowni. Prawda to, prawda, siłownie są tu niezwykle popularne.

Wracając do dzielnicy – cisza i spokój. Kilka ulic od nas malutki Walmart z podstawową spożywką, kilka knajpek z jedzeniem meksykańskim, myjnie samochodowe, nic podejrzanego. Jednego wieczoru wybraliśmy się po winko do małego sklepu z alkoholem. Tuż za nami do sklepu weszło 3 Latynosów ze złotymi łańcuchami na szyjach. Rzeczywiście, wyglądali jak wycięci z amerykańskiego serialu kryminalnego, ale zamiast spluw, wyjęli z kieszeni portfele i kupili piwo. A na pożegnanie życzyli nam miłej nocy. Prawdziwi gangsta, strach się bać!

Co niedzielę meksykańscy gangsterzy lubią słuchać latynoskich rytmów i jeść mięso z grilla w towarzystwie swoich bliskich.

 

Tags: