23.03.2015

Wyspani jak nigdy, o 5.30 rano opuszczamy nasz motel w Miami Springs, zamawiamy ubera i jedziemy na lotnisko. Z jednej strony radość, bo w końcu San Diego to nasz główny cel, z drugiej żal opuszczać śliczną Florydę bez zwiedzenia Key West.

4 dni temu Damian odzyskał swój bagaż, o moim nadal nic nie wiadomo, zapadł się pod ziemię. Zdaje się, że panowie z Fort Lauderdale coś pokręcili, bo kiedy po raz setny zapytałam o moją czerwoną walizkę, w słuchawce zapadła cisza, a po chwili pan wymamrotał “a to nie była zielona walizka?”. Z takim podejściem to w ogóle cud, że wszystkie bagaże nie giną. Plus jest taki, że przynajmniej nie martwię się, że zgubią go po raz drugi. ;) Za to biedny Damian przy oddawaniu walizy błagał pana z lotniska, żeby przykleił odpowiednią naklejkę. Niby nic, ha ha ha, ale widziałam strach w jego oczach. PTSD. Mała trauma i tyle.

O 7 siedzimy w samolocie do Los Angeles. Lot trwa 7 godzin, w LA czekamy 2 godziny na kolejny lot do San Diego. Na miejscu jesteśmy po 13. Pierwszy raz w życiu siedziałam w samolocie jak na szpilkach, a wszystko przez to, że to była miniaturka samolotu. 60 pasażerów i 2 stewardessy. Maleńka maszyna, którą znosi na boki najmniejszy zefirek. Dla mnie to było 45 minut tortury. ;) Chłopak przede mną oglądał komedię na komórce i cały czas się śmiał. Starałam się koncentrować na jego śmiechu, żeby nie zwariować. Wysiedliśmy z samolotu-kozika i biegiem po bagaż. Tym razem obyło się bez przykrych niespodzianek, brązowa walizka czekała na właściciela. Uff.

San Diego przywitało nas słońcem i widokiem palm, więc już na dzień dobry wszystko się zgadzało. Uznaliśmy, że zamiast zamawiać od razu ubera, fajnie byłoby się przejść i trochę poznać miasto. Wszystko fajnie, tylko Stany to miejsce dla ludzi na 4 kółkach i wydostanie się z lotniska graniczyło z cudem. Po około 40 minutach błądzenia po wszystkich piętrach wydostaliśmy się z tego przybytku i ruszyliśmy w stronę centrum. Trafiliśmy na jakąś ścieżkę rekreacyjną i co chwilę mijali nas ludzie w profesjonalnych ciuszkach do biegania, ziomki na deskach, rowerach i innych ciekawych pojazdach. Wszyscy szczupli, opaleni, zadbani, a gdzie ci otyli Amerykanie?

day 1

 

Po półgodzinnym spacerku dotarliśmy do zatoki, gdzie widok był rozbrajający.Błyszczące w słońcu fale, różnej wielkości łódki i jachty, a w oddali wzgórza i wieżowce. Już wtedy wiedzieliśmy, że Forbes nie kłamał i warto tu zamieszkać.

Wiele osób pytało nas dlaczego akurat San Diego. Już odpowiadam:

1.) na południu Kalifornii jest najlepsza pogoda na świecie – wieczna wiosna

2.) miasto się bardzo szybko rozwija, a ceny mieszkań nie są tak idiotycznie wysokie jak w San Francisco (i nie trzeba się o nie bić, ani obiecywać właścicielowi, że wyremontujesz i umeblujesz jego mikrokawalerkę za to, że pozwoli ci tam zamieszkać)

3.) Los Angeles jest naprawdę nieciekawym miejscem i więcej tam bezdomnych, niż tych boskich celebrytów

4.) San Diego jest wielkie, każdy znajdzie tu coś dla siebie – przepełnione wieżowcami, klubami, restauracjami centrum, luksusowe mieszkania nad oceanem w La Jolla, albo ciche, spokojne wzgórza w północnej części miasta

Muszę jeszcze coś dodawać? :)

 

Tags: