Poniedziałek 16.03.2015, godzina 7.30 – pierwszy etap projektu – podróż do Warszawy.

10.00 – jesteśmy na lotnisku Chopina.

11.00 – początek odprawy i niespodzianka na sam początek – zostałam szczęśliwie wybrana przez komputer na bardziej szczegółową rewizję. Troszkę mnie pani wymacała, pan zajrzał do torby i śmiał się ze mnie, bo minę miałam chyba niewyraźną. :)

13.00 – jesteśmy w samolocie.

13.30 – start, ach, jaka radość!

15.00 – jesteśmy w Oslo, chwila na lotnisku, najdroższa kawka świata.

16.30 – lot do Fort Lauderdale na Florydzie.

20.30 (czasu lokalnego)/ 2.30 nad ranem naszego czasu – jesteśmy w Fort Lauderdale.

20.45 – kontrola paszportowa, kolejka na 2 godziny czekania (więc wciskamy się na krzywy ryj do kolejki rezydentów), rozmowa z urzędnikami, sprawdzanie wizy, itd.

21.45 – udajemy się po bagaż; szukamy, szukamy, czekamy na przyjazd kolejnych walizek… zniecierpliwieni pytamy pracownika lotniska kiedy będą następne bagaże, a on zdziwiony odpowiada “nie będzie już więcej”. No i klops. Wpadam w histerię i z wielką trudnością powstrzymuję się od płaczu.

22.30 – uzupełniamy formularze, podajemy adres, na który mają przesłać nasze walizki jeśli je znajdą.

23.45 – zmasakrowani podróżą i brakiem bagażu idziemy do wypożyczalni aut, gdzie czeka na nas malutki Chevrolet, wypełniamy kolejne papiery, w razie “w” bierzemy dodatkowe ubezpieczenie.

24.15 – lądujemy w hotelu Red Carpet Inn, dostajemy klucze – karty, zostawiamy bagaże podręczne w pokoju. Jesteśmy styrani, padamy ze zmęczenia. Damian idzie do łazienki, wraca ze średnio szczęśliwą miną, bo toaleta jest zatkana. Matko, co jeszcze???

24.25 – idziemy z powrotem do recepcji, a dodam, że recepcja blisko nie była, bo to olbrzymi hotel; pan daje nam nową kartę.

24.40  – idziemy do pokoju z zatkanym kibelkiem, bierzemy graty, przenosimy do pokoju po drugiej stronie hotelu.

1.oo w nocy (7 rano w Polsce, 24h na nogach) – wsiadamy do “kozika” (tak Damian ochrzcił autko) i szukamy jakiegokolwiek czynnego sklepu, żeby kupić chociaż szczoteczki do zębów i coś do jedzenia. Tak, Norwegian Airlines to tanie linie lotnicze, które podają jedzenie tylko pasażerom, którzy kilka dni wcześniej zamówili i zapłacili za nie. Wielka szkoda, że nie sprawdziliśmy tego wcześniej.

1.20 – znajdujemy CVS, wydajemy kupę kasy na gadżety do mycia i ohydne kanapki ze sztucznym indykiem.

2.00 – wracamy do hotelu, myjemy się i jemy.

około 2.20 (8.20 naszego czasu) – kładziemy się do łóżka po ponad 25 godzinach na nogach, a w perpektywie pobudka o 7 rano, żeby jechać na północ Florydy na ważne spotkanie.

Zgadza się, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

 

Tags: