Nadszedł czas na zwiedzanie kolejnego miasta. Znalezienie własciwego przystanku autobusowego trochę nam zabrało, ale przynajmniej odkryliśmy “rasową” restaurację, jak z filmów. W “Max & Erma’s” Damian zamówił hambugsa, a ja sałatkę z kurczakiem. Rozsądne ceny, dobre jedzenie, wszystko w normie. To była nagroda za zatkany odpływ w wannie w naszej łazience hotelowej. ;) Polecam to miejsce! ;-)

Autobus do centrum jechał około 40 minut. Nie była to szczególnie miła podróż, bo ktoś chyba pomylili kiedyś ten pojazd z toaletą, ale nic to! Po drodze mieliśmy szansę zobaczyć trochę brzydszą stronę Stanów. Sporo zniszczonych budynków, ludzie, którzy rzadziej się uśmiechają, koniec sielanki. Wczoraj mówili w telewizji, że w tym roku w Pittsburghu zamordowano już 44 osoby. Dla porównania, w 2013 liczba ta wynosiła 46.  Ech, strasznie przykra sprawa, dobrze, że tu nie zostajemy.

Centrum miasta jest ładne, takie dużo ładniejsze Newark, ale żeby zobaczyc te największe atrakcje wystarczy tak naprawdę godzinka, może dwie. Oczywiście nie mówię o muzeach, itp. Bardzo chcieliśmy trafić do punktu, z którego jest piękny widok na miasto, ale mapy google wpuściły nas w maliny i po 30 minutach wspinania się trafiliśmy w miejsce, gdzie była tylko jezdnia (bo po co chodniki), jakieś wielkie bajoro i przejść dalej się nie dało. Po czym zaczęło lać. Ha!

Pittsburgh jest pięknie położony, wokół wzgórza, lasy, a w środku ponad 400 mostów, ale zakochać się w nim ciężko. Szkoda, że naszą wycieczkę zaczęliśmy w Nowym Jorku, bo teraz ciężko będzie to przebić. :-)

 

 

Tags: